Tak jak ewolucja polityczna lepiła nas z podwładnych monarchy, poprzez obywatela republiki finalnie do konsumentów i klientów, tak dziś polityczna hipokryzja w domenie górnictwa i powiązanej z nim energetyki była przez dłuższy czas śmieszną; wczoraj natomiast była jedynie irytującą, dziś jest groźną.
Potencjał Polski
Jako w czwartym pokoleniu polski górnik naftowy wiem, ze Polska to kraj z olbrzymimi zasobami, potencjałem energetycznym, niestety po części tylko własnym, ale szczątkowym tu dziś przemysłem.
Jak wygląda ów potencjał? W płatnościach rzędu miliardów za energię elektryczną. W ramach produkcji na poziomie meta (w przeliczeniu na emisje) ale i importu. Bo tak musi być, bo uwarunkowania rynku, okoliczności polityczne, klimat, Europa.
Polityczne, lokalne Muppets anonsują własną mantrę o „wspólnotowości europejskiego rynku”. Sporo z nas wciąż ją „kupuje”. Do drzwi puka jednak rzeczywistość, której obiektywny obraz ma wymiar pełnego uzależniania, przy czym innym można to, czego nie można Polsce i Polakom.
Co wolno wojewodzie…
Niemcy z przytupem zamknęły własne elektrownie atomowe, błękitność gazu ziemnego, tuż po zgruzowaniu NS II, a tym samym Energiwende. Dziś na potęgę spalają węgiel brunatny, a na ten cel poświęcają lądowe farmy wiatrowe, lasy, pola, czy budynki mieszkalne – odkrywki mają bowiem tę, destrukcyjną cechę, iż wymagają zmian w krajobrazie. Ale problemu z tym nie ma; argumentacja „przejściową sytuacją”, „nieuchronnością”, „koniecznością działań” wystarcza. Niezależnie od poziomu emisji. Dopowiedzmy – największej bodaj w Unii Europejskiej.
A my? Z bezwładnością pewnego zwierzęcia realizujemy nierentowne inwestycje. Pieniądzem dłużnym. Na kredyt, który obciąża przyszłe pokolenia. Przy leżącym wskaźniku dzietności nie dającym szanse na spłatę. Chyba, że ze strony syndyka polskiej masy upadłościowej.
Jeśli na Linkedin powiedziałbym coś o rekarbonizacji polskiej gospodarki, energetyki, o bezpieczeństwie postrzeganym klasycznie, z całą pewnością zaczął by się koncert profesjonalnego oburzenia. Dyrektywy, rezolucje, procedury, autorytety, trybunały, naruszenia praworządności, ochrona środowiska, czy wspólnej polityki klimatycznej federalizującej się tzw. Europy.
Przyszłość aktualnej polityki energetycznej
Jutro, czyli w 2028 roku przyjdą rachunki do zapłacenia. Bogate bogactwem ETS 2. Jak sprytnie, bo po wyborach do polskiego Parlamentu. I tu cynizm będzie się mieszał z niepamięcią. Już nikt nie będzie bowiem pamiętał niemieckiego sprzeniewierzenia – handlu gazem ze złodziejem Putinem – facet za 2/3 średnich cen nominalnych sprzedawał Republice Federalnej gaz, budując niemiecką, przemysłową superpozycję, supremację – a robił to kosztem… rosyjskiego społeczeństwa.
Już nikt nie będzie pamiętał, że te same argumenty, które obowiązują w Polsce, w Berlinie cudownie przestają obowiązywać. Będziemy bowiem tak słabi, że będziemy myśleć „na cudzych warunkach”. Kupować drogą „promocję”.
Powyższe to konsekwencja wieloletniego rozbrajania polskiej energetyki: blokowania inwestycji, zamrażania projektów, straszenia własnego przemysłu unijnymi sankcjami, wycinania z rynku racjonalnie myślących inżynierów i managerów, a po protekcji wstawiania tych, którzy dziś rozmawiając o brakach mocy, brakach stabilności systemu, czy doraźnej konieczności importu jeszcze wczoraj z zapałem powtarzali unijną mantrę o końcu węgla, że inwestycje w węgiel to decyzyjny relikt przeszłości, czy finansowa to strata. Niezależnie od tego, że miliardowe w skali nakłady na górnictwo węgla kamiennego w większości to koszt jego likwidacji.
Dziś pod hasłem rekarbonizacji, której postulat słyszę w anonsach jednej, jedynej, polskiej partii politycznej PolEXIT nie kryje się „populizm”, „nacjonalizm” i „antyeuropejskość”. Tam znajduję suwerenność, nadkrytyczne i super nadkrytyczne bloki węglowe o mocach na poziomie wielu MW, których immanentną cechą jest zredukowana do połowy konsumpcja węgla przy produkcji tej samej ilości energii elektrycznej. Tam znajduję jedyne 5% nakładów inwestycyjnych względem OZE, które wymusza na nas Unia.
To kwestia Suwerenności. Zaufania. Nawet chęci.
Słyszę, że hegemonia ma nomen omen moc wówczas, kiedy wszystkim zależy na członkostwie, na budowaniu w oparciu o wartości. Dziś USA kruszeją freski katedr i pękają fundamenty demokracji, bo sami Amerykanie przestali wierzyć w mit „szansy”. Mit pucybuta i milionera. Dziś federalne ICE gania się z kolorowymi po ulicach Minnesoty, a Prezydent rozpoczyna operacje militarne bez mandatu ONZ, mało: bez mandatu Kongresu.
A w Europie, w Polsce?
Wspólnotowość Unii Europejskiej ma sens tylko wtedy, jeśli te same wartości, zasady obowiązują wszystkich. Jeśli jeden kraj może truć, wiercić, kopać i spalać „bo musi”, a drugi ma abortować własne kopalnie oraz płacić za wszystkich zielony haracz emisji, to nie jest wspólnotowością.
Nie da się prowadzić dojrzałej społecznie polityki słuchając morałów tych, którzy sami się prostytuują. Dlatego upada zaufanie do instytucji Unii Europejskiej. A jeśli Unia broni się nie karząc swych towarzyszy komisarzy, czy zamiata pod dywan faule najwyższych organów, jak Pfizergate Ursuli von der Leyen – nie da się już udawać, iż uda się naprawić ten bankrutujący bałagan.
Za lata uległości oraz za dzisiejszą bezwładność inwestycyjną przychodzi nam płacić olbrzymi rachunek. On wzrośnie wykładniczo, o ile nie zmienimy kierunku wektora political development.
Idea POLEXIT ma dziś rzekomo 25% poparcie społeczne. Nie nadwyrężając artykułów ustawy hazardowej można pokusić się dziś o stwierdzenie, że to prawdopodobnie najniższe, w kontekście przyszłości poparcie.
Nie obstawiam, ale bym chciał.
Miłosz Adam Kuziemka


Unlock exclusive rewards with every referral—enroll now!